Ostatnio życzliwy kolega przestrzegał mnie przed
interesownością mężczyzn, mówiąc: „uważaj, on na pewno chce cię tylko
przelecieć”. Może jestem wyrachowana, ale po pierwsze, jeżeli chce „tylko
przelecieć” to pół biedy. Gorzej, jakby chciał się wprowadzić do mieszkania
albo oczekiwał innych dowodów zaangażowania. Tak jakoś się utarło, że kobiety
to są te prześladowane seksualnie cnotki i każdy facet tylko czyha na ich
nieuwagę, żeby je zajść od tyłu. Jednak zauważam brak logiki u mężczyzn, bo kobiety z jednej strony powinny być
niedostępne, ale z drugiej strony – nie za długo. Jest takie przysłowie, a może
dowcip, ale na pewno z życia wzięty: „Myśli kura uciekając przed kogutem: Może za szybko biegnę?”. Była u nas w
pracy kiedyś taka dziewczyna, która uwielbiała się bzykać z każdym. Podobno
nimfomanka. Nie było faceta w firmie, który by jej nie przeleciał. Jak zbliżała
się firmowa impreza, to każdy tylko pytał: „A Julita będzie?”. Niestety dla
niej, wyrobiła sobie taką opinię, że nikt nie traktował jej poważnie i nie
miała szans znaleźć sobie kogoś na stałe. Natomiast mieliśmy też w dziale
bardzo niedostępną i zasadniczą koleżankę. Ta nie przespała się z pewnością z
nikim. I taka postawa również nie wzbudzała pozytywnych opinii u płci
przeciwnej. W relacjach damsko-męskich zazwyczaj na początku jest jakaś gra. Na
przykład „Ja cię podwiozę do domu po pracy, ale oczywiście zupełnie bezinteresownie”,
„Pomogę ci przy przeprowadzce tak po przyjacielsku. Przecież ludzie sobie
pomagają”. Jednak ta gra polega na tym,
że po pierwszym kroku ze strony mężczyzny powinien nastąpić rewanż. Czyli może
jakaś wieczorna kawka, wspólny drink, a na trzecim spotkaniu trach bach i do
wyra. Taka jest konwencja. Atrakcyjne kobiety nie mają kumpli, jeżeli chcą się
przyjaźnić z facetem, to muszą z nim prędzej czy później iść do łóżka. Inaczej
on uzna, że ona jest hipokrytką, która sama nie wie czego chce.
Po ślubie coś się zwykle zmienia. Ona zaczyna chodzić do
łóżka w papilotach i maseczce, on woli siedzieć do północy przed kompem niż z
nią. Pozycja „na kłodę” staje się standardem i jakoś to się wszystko rozłazi.
On nie rozumie, dlaczego ona nie jest już tak namiętna, jak kiedyś, a wina leży
jednak pośrodku. Mam za sobą małżeństwo, więc wiem coś o tym, kiedy mężuś
zaczyna wracać coraz później do domu, bo robi strasznie ważną karierę, kiedy
kończą się romantyczne gesty, okazywanie uczuć, wspólne spacery i kolacje raz
na jakiś czas. On uważa, że jak już mnie ma, to nie musi się starać. A
wieczorem ma być seks, bo przecież oboje tego potrzebujemy… Wcale nie. Kobieta,
aby czerpać prawdziwą przyjemność z seksu z ukochanym facetem, musi otrzymywać
oznaki jego uczucia przez cały dzień, a nie tylko w pięciominutowej grze
wstępnej późnym wieczorem, kiedy on chce się odprężyć. Wieczorne robienie laski
po całym dniu spędzonym osobno albo z różnymi nieprzyjemnymi konfliktami nie
wróży udanych orgazmów. Facetowi może jest wszystko jedno, ale kobiecie po
jakimś czasie już się nawet nie chce udawać. I wtedy on szuka sobie innej.
Takiej, która albo na coś liczy, albo za pieniądze zrobi wszystko. W moim
małżeństwie mąż przychodził i brał "co jego". Ja tego nie
akceptowałam i nie chciałam też jego pensji. Dlatego się rozwiodłam. W
małżeństwie albo jest miłość i wierność albo nie ma małżeństwa. Jeżeli któraś
ze stron do czegoś się zmusza, nie ma to sensu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz