Moi znajomi, jak wyjadą z naszej wsi do stolicy, to po
miesiącu zaczynają mówić „U nas w Warszawie…”. A co z Polakami, którzy
wyjeżdżają do Nowego Jorku? Tym dopiero palma odbija. Raz mi się zdarzyło, że
nie wytrzymałam nerwowo z gościem. Mieszka od wielu lat w Nowym Jorku, na
wakacje jeździ do Kalifornii, a biznesy załatwia w Warszawie. Szukał laski na
swoje pobyty w Polsce i trafiłam się ja. W mieszkaniu u niego był kolega, dużo
młodszy i całkiem sympatyczny. Jakiś przydupas, któremu zależało na wsparciu
biznesowym. Taka dziwka jak ja, tylko nie dawał cipy, ale przynosił drinki i
nawet zrobił śniadanie. Musiał się w nocy nasłuchać, bo ja cicha nie jestem. Wieczorem
przyszła jeszcze do niego jakaś dziwka na godziny. Latała goła po mieszkaniu,
taka spod solarki, ale na szczęście po dwóch godzinach sobie poszła Nie było to
dla mnie wszystko komfortowe. Ale
przegięcie pały nastąpiło, kiedy mój dewizowiec zaczął się ze mnie naigrawać.
Najpierw, kiedy siedziałam na kanapie i piłam drinka, zapytał, o czym myślę.
Powiedziałam, że nie myślę i on potraktował to chyba serio, bo powiedział
zupełnie poważnie, że z takimi cyckami nie trzeba myśleć. Potem powiedział
przydupasowi, żeby sprawdził, czy wypożyczona skoda stoi pod blokiem, „bo w
Polsce to kradną auta”. Kurwa, a w
Stanach to niby nie kradną? Pytał, jaką szkołę skończyłam, policealną jakąś
chociaż? Dlaczego tacy ludzie uważają, że do seksu trzeba być tępym? Oczywiście
mojego miasta w ogóle nie kojarzył na mapie i kiedy płacił mi w dolarach orżnął
mnie na przeliczniku prawie stówę. Cały wieczór mówił do mnie Zosia. Rano powiedziałam
mu, żeby poszedł jebać swoje kalifornijskie Zośki w pożyczonym aucie, żeby mu
nie ukradli. I dziwić się, że takich Polaczków na świecie nie lubią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz